you're reading...
Kultura, Miejsca, Obyczaje, Religia

Iyi Bayramlar!

To był mój trzeci Bayram. Pierwszy bez większych przygód. Ogólnie w tym wpisie będzie wiało nudą. Bo nie pojawił się żaden skorpion w toalecie, żaden jeleń ani sarna nie wyskoczyła przed samochód, żaden szczur nie przebiegł mi drogi. Nuda. Był co prawda jeden wąż w wąwozie i o mały włos w niego nie weszłam, ale później okazało się, że był martwy – ktoś wcześniej zmiażdżył mu głowę, więc nawet nie miałam okazji aby z nim się zmierzyć.

Zresztą Bayram właśnie powinien taki być. Trochę nudnawy, leniwy i wypełniony jedzeniem do granic możliwości. Bo przecież jest to taki muzułmański odpowiednik naszych Świąt Bożego Narodzenia. Religijnie nie ma z nimi nic wspólnego. Obyczajowo i komercyjnie – wiele.

Zacznę może od religii. Kurban Bayram czyli Święto Ofiarowania jest najważniejszym świętem w kalendarzu muzułmańskim. Trwa trzy lub cztery dni i co roku przypada w innym terminie. Obchodzony jest na pamiątkę ofiary Abrahama (Ibrahima). Historia ta jest też znana nam z Biblii. Otóż, Bóg poprosił Abrahama aby ten złożył mu ofiarę ze swojego ukochanego syna Izmaela (w Biblii Izaaka). Ojciec miał rozdarte serce, ale postanowił spełnić prośbę. Bóg widząc jego cierpienie, oddanie i posłuszeństwo zmiłował się i pozwolił mu ofiarować barana zamiast swojego dziecka. Dlatego też chcąc upamiętnić to wydarzenie każda rodzina (oczywiście taka, którą na to stać) powinna złożyć w ofierze owcę, barana, kozła lub krowę (w bardziej egzotycznych krajach może to być też wielbłąd). Zwierzę zabijane jest rytualnie w specjalnych miejscach do tego przeznaczonych. Następnie mięso dzieli się na trzy części, z których jedną się zjada podczas uroczystego, świątecznego posiłku, jedną rozdaje się biednym, a jeszcze jedną obdarowywuje się rodzinę Często, aby kupić takie zwierzę ofiarne, składa się cała rodzina (np. rodzeństwo z rodzinami). Można też zamiast kupowania owcy, pieniądze przeznaczyć na cele charytatywne. I w skrócie to tyle religii.

Jak wygląda Bayram? Tak jak już powiedziałam – trochę przypomina nasze Boże Narodzenie. Najpierw przygotowania: generalne sprzątanie domu, gotowanie, pieczenie baklavy oraz innych smakołyków, zakupy, zakupy i jeszcze raz zakupy. Sklepy są otwarte dłużej niż zwykle – niektóre nawet do 23. Bo przecież może się komu coś przypomni, a może ktoś jeszcze nie zdążył. W pracy dostaje się dodatkowe pieniądze, czekoladki lub inne produkty spożywcze, które mogą się przydać tj. maka, cukier, ryż itp. Ci, którzy mają rodzinę w innej części kraju wyjeżdżają. Wszystkie miejsca w autobusach są zajęte, na drogach tworzą się gigantyczne korki, a w telewizji można zobaczyć relacje na żywo i w tle oczywiście stojące lub wlokące się z żółwią prędkością samochody.

 W pierwszy dzień świąteczny prawie wszytko jest zamknięte. Zakłada się odświętne ubrania. Idzie się do meczetu (albo i nie). A później zaczyna się maraton odwiedzin rodzinnych. Trzeba odwiedzić najbliższą rodzinę lub rodzina odwiedza nas. Siada się za stołem i się je. Je się też podczas przerwy między posiłkami oraz podczas odpoczynku po nich. No i oczywiście herbata. Herbata przede wszystkim. Jest też wysyłanie życzeń. Seryjne SMS -y ze sztampowymi życzeniami, rymowanymi, śmiesznymi – jakie kto lubi. Linie telefoniczne są ciągle zajęte, bo czasami lepiej zadzwonić, szczególnie, gdy ta osoba jest w jakiś sposób bliska. Podobnie na Facebook’u – wszyscy wklejają życzenia z towarzyszącym im najczęściej zdjęciem owcy. Można tez dostać prezent lub (częściej) pieniądze szczególnie gdy jest się dzieckiem. Najpierw ‘całuje się’ starsze osoby w rękę, czyli dotyka się  podbródkiem,następnie czołem podaną dłoń. Później można liczyć na drobny upominek, słodycze lub pieniądze.

 Kolejne dni są już normalniejsze. Przynajmniej ulice wyglądają normalniej czyli tłoczniej. Otwierane są restauracje, kawiarnie a nawet sklepy. Specyficzna, odświętna atmosfera znika. Pozostaje za to jedzenie.

Dla mnie Bayram to kilka dni wolnego, które można przeznaczyć na podróżowanie. Pierwszy Bayram spędziłam z Krzyśkiem, który odwiedził mnie w tym dalekim kraju i przywiózł niemieckie rarytasy czyli moje ukochane reńskie wino Morio Muscat, miski Haribo i jak na prawego chrześcijanina przystało – kalendarz adwentowy z czekoladkami. Odbyliśmy wtedy podróż na trasie Stambuł – Ankara – Kapadocja – Bursa a wszystko to pod wdzięcznie brzmiącym hasłem: „Jesteśmy w ciemnej d****”  mieliśmy  bowiem wyjątkowy talent do znajdowania się w miejscach dziwnych, dokładnie nie wiadomo gdzie i po co. Kiedyś to opiszę.

Bayram zeszłoroczny był wyprawą na południowy-wschód w okolice granicy z Syrią. Wtedy było tam jeszcze dość spokojnie. Zobaczyliśmy Mardin, Urfę, Harran i Nemrut Dağı. Miałam bliskie spotkanie ze skorpionem i kupiliśmy sobie obciachowe czerwone czapki, żeby nie odmarzły nam uszy. To też kiedyś opiszę.

Tegoroczny Bayram postanowiliśmy spędzić gdzieś blisko. Omer chciał również spotkać się z rodziną, bo widuje ją prawie tylko w święta. Plan więc był taki: krótkie wakacje i dwa ostatnie dni dla familii. Wybór padł na wybrzeże Morza Egejskiego (5h samochodem w tym przerwa na obiad i kawę). Zaczęliśmy od Bergamy czyli starożytnego Pergamonu. Niewiele pozostało z dawnej świetności miasta.  Obejrzeliśmy pozostałości bazyliki zwanej Czerwoną Bazyliką, która została wzniesiona ku czci bóstw egipskich, a później przekształcono ją w bazylikę chrześcijańską. Pojechaliśmy na górujący nad miastem akropol wraz ze znajdującym się tam amfiteatrem, szczątkami świątyni Trajana i fragmentami miasta. Zwiedziliśmy Asklepiejon czyli pozostałości świątyni Asklepiosa (boga sztuki lekarskiej) oraz ruiny starożytnego szpitala-sanatorium. Pospacerowaliśmy po mieście robiąc sobie przy okazji zdjęcia z najsłynniejszym pergamończykiem –lekarzem  Gallenem. Po drodze było jeszcze muzeum z bardzo ciekawymi zbiorami. To tyle.

Ayvalık, miasteczko tuż nad samym brzegiem morza było naszym kolejnym przystankiem. Nie ma tam właściwie nic do zwiedzania. Główną atrakcją jest morze, szeroka piaszczysta plaża,  wzgórze ze śladem stopy szatana (ponoć)oraz wyspa Cunda, na której można zjeść pyszna rybę i powróżyć sobie z królików (sic!).

Ostatnim przystankiem było Assos, a raczej to, co po nim pozostało czyli ruiny, kamiory, amfiteatr i kilka doryckich kolumn ze świątyni Ateny. Z ciekawostek: miasto odwiedziły takie osobistości starożytnego świata jak Arystoteles, który nawet tam się ożenił i Święty Paweł. Z Assos widać grecką wyspę Lesbos, oddaloną zaledwie o kilkanaście kilometrów. Warto zobaczyć to miejsce dla samej panoramy, jeżeli ktoś nie jest miłośnikiem starych kamieni.

Później pojechaliśmy na północ aż w okolice Stambułu, gdzie czekała na nas rodzina Omera z zapasami jedzenia co najmniej na następne pół roku. Co było dalej pewnie już pisać nie muszę, bo znacie z autopsji skutki świętowania przy rodzinnym stole.

Advertisements

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Archiwum

%d blogerów lubi to: